poniedziałek, 30 listopada 2009

Leser+odc.3 Pierwsza Krew

Nie bardzo mam pomysł, wene i czas, notka może się nieco opóźnić, to chyba tyle.

Notka opóźniła się i to bardzo, ale już tworzę

Chwilę po tym jak jego kolana spotkały się z podlogą, a jego rynku kurczowo chwyciła się szynku, poczuł, że ktoś chwyta go za ramię.
- Pozwolisz, że Ci ulżę - rzekł ktoś cicho rechocząc, Muzyk domyślił się, że to osoba która opiera się o jego ramię. Zareagował odruchowo, chwycił dłoń spoczywającą na jego barku, wygiął ją dźwigniął, jednocześnie podcinając oprycha. Jego, jak się okazało niezbyt urodziwy, rozmówca ciężko zwalił się na podłogę. Mimo zawrotów głowy udało mu się go utrzymać przy parterze.
- Nie... dotykaj... mnie... - wysyczał zjadliwie. Wstał i podał karczmarzowi, który zastygł z wyrazem zdumienia na twarzy, pakunek z lutnią i koszulą.- Dbaj o to. - Mruknął rzucając mu srebrną monetę. Odwrócił się i nadal lekko chwiejnie opuścił karczmę

W stajni oparł się o poidło, gdy upewnił się że woda jest świeża, obmył krew z twarzy.
- Psia krew, to nie było przyjemne - mruknął, zbliżając się do swojej siwej klaczy. - No Malutka, czas w drogę.
Przytroczenie ekwipunku, zajęło mu mniej niż 10 minut. Wyprowadził konia przed budynek i jednym susem wskoczył na siodło. Nie było to zbyt rozważne, gdyż zawroty powróciły, ale już nie tak silne i bez krwotoku z nosa.
- No Mała, w drogę - lekko ubódł boki wierzchowca i skierował się w kierunku najbliższej bramy.

~~@~~

Za bramą czekało na niego trzech ludzi, w tym jeden z twarzą z gatunku tych, których nie idzie zapomnieć, choć bardzo się chce, nawet przelotne spojrzenie, np. gdy przygwożdża się jej właściciela do podłogi, starczy by ją zapamiętać. Bard wziął głębszy oddech, było ich trzech, on czuł się znacznie lepiej. Twarz wykrzywił mu złośliwy uśmiech, to nie będzie równa walka.
- Dobrzy ludzie, czego wam potrzeba? - starał sie nadać swojemu głosowi jak najmilsze brzmienie, jako śpiewakowi nie było to trudne zadanie.
- A Twojej sakiewki - mruknął największy z nich, sądząc po regułach w takich bandach, pewnie lider. - Ino szybko z niej wyskakuj bo nam spieszno - dodał wywołując śmiech swoich kamratów.
- Skoro tak to proszę, - odpowiedziała zsiadając z konia i odsłaniając trzos - wybaczcie, ale musicie sami się obsłużyć.
Brzydal z karczmy ruszył szybko, jak na kogoś o takiej posturze i równie szybko cofnął się gdy jego twarz spotkała się z głownią sai'a, drugi cios spadł na jego splot słoneczny, zginając go wpół. Jego towarzysze byli bardziej rozważni i rozstawili się po obu stronach. Angil przyjął pozycję, nadal trzymając noże ostrzem wzdłuż przedramienia, nie chciał zabijać, przynajmniej nie ostrzem. Adwersarze ruszyli jednocześnie z obu stron, w myślach pochwalił ich sprytną, acz i tak nieefektywną zagrywkę. Zamiótł połą płaszcza i odbił w prawo w kierunku mniejszego z nich. Wykonał lekki unik, uderzył lewą dłonią w brzuch oprycha, zmieniając ułożenia prawego sztyletu. Gdy oprych się zwinął, bard lekko się wybił i prawą dłonią "pchnął" na swoje kolano, odwrócił się szybko tylko po to by zobaczyć pięść lidera sunącą w kierunku jego nosa. Wykonał odruchowy unik i równie odruchowy cios prawą dłonią. Gdy usłyszał jęk i zobaczył czerwień wypływającą na wargi adwersarza, szpetnie zaklął. Nie chciał zabijać, wyszarpnął sztylet i się obrócił. Nie chciał, ale zabił, trudno, jedną gnidę mniej. Wsiadł na klacz, która spokojnie skubała trawę i jak najszybciej oddalił się od miasta

sobota, 21 listopada 2009

odc.2 Logika

Dobra ostatnio nie zdążyłem, ale mam kilka wytłumaczeń, których nie przytoczę, dalszy ciąg historii, mam kilka pomysłów, ale bladego pojęcia jak je wykorzystać


W ułamku sekundy po tym ruchu, kilka innych miało miejsce. Jedna ręka muzyka błyskawicznie pochwyciła amulet, druga przycisnęła wyszarpnięty z pochwy na barku spłaszczony sztylet Sai do gardła Szefa. Wywołując błyskawiczną reakcję obstawy, która została powstrzymana skinieniem głowy dowódcy.
- Spokojnie... - uśmiech na twarzy niebiesko-włosego lidera pogłębił się gdy amulet rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając barda z tępym wyrazem twarzy, który został zastąpiony gniewem.
- Co się tu dzieje?! - mruknął lekko dociskając ostrze do szyi.
- Usiądź spokojnie, zdejmij mi nóż z gardła...
- Najpierw Twoi ludzie mają odłożyć broń - przerwał mu szybko skald.
- Jak sobie życzysz - delikatne skinienie ręki i ostrza ochrony upadły na podłogę -, a teraz, jeśli pozwolisz, porozmawiamy w bardziej cywilizowany sposób.
- Dlaczego kazałeś im opuścić broń - odezwał się Angil siadając na krześle, sztylet nadal trzymał w dłoni.
- To dość proste, ja chciałem żyć, Ty chcesz medalionu, jeśli ja ginę, medalion Ci ucieka. Więc wniosek z tego jest taki, że pozbawienie...
- Dobra rozumiem, a teraz czego chcesz za amulet? - Przerwał mu muzyk obawiając się przydługiej litanii.
- Tak nareszcie do rzeczy - na twarzy niebieskowłosa odmalowała się szczera radość. Nim znów podjął swoją kwestie wyciągnął na stół mapę bliższych okolic. I wskazał mapę wypięlęgnowanym palcem. - Dziś lub jutro wyruszy z tego miasta pewna karawana, będzie eskortować pewną kobietę...
- Mam ją zabić. - Pewnie rzekł wodząc za palcem sunącym po wyrysowanej drodze.
- NIE!! - Taka opcja zdecydowanie przeraziła niebieskiego. - Masz ją odbić i przywieźć mi. A tutaj - postukał w miejsce w którym łączyły się drogi. - jest dobre miejsce na atak, mają tam być za trzy dni, jest to miejsce o dzień drogi stąd. Więc masz spory zapas.
- No dobra to ja już pójdę - Muzyk wstał i zaczął zbierać się do wyjścia gdy nagle coś go tknęło -, jak duża jest ta eskorta? - Dowódca uśmiechnął się, wywołując dreszcz na plecach barda.
- Co najmniej trzech, ale nie więcej jak czterech. I nie musisz się martwić o to, że ją zabiją, dla nich też jest cenna, będą jej bronić za cenę życia, nie usmiercą jej.
-No to super - rzucił przez ramię i trzasnął drzwiami. Walka z fanatykami, marzenie każdego szermierza.

~~@~~

Rozejrzał się po wynajętym pokoju w którym spędził ostatni tydzień. Siedem dni i starczy, i tak ruszyłby na szlak za chwilę, ale z własnej woli. Ta myśl wcale go nie pocieszyła. Zzuł buty i koszulę z rękawami rozszerzającymi się od łokcia, strój estradowy wywoływał u niego niesmak, ale cóż "vox populi, vox Dei". Rzucił koszulę na łóżko i wyciągnął spod niego swoją ulubioną odzież. Czarna koszula, wiązana pod szyją, pasująca do również czarnych spodni, których kroju nie zmieniał na występy. Naciągnął ją na swoją chudą, poznaczoną bliznami, pierś. Spojrzał na swoje stopy, obok których leżał jego ulubiony ciuch. Ciężko było go zaklasyfikować, w praktyce była to obcisła kamizelka pozbawiona rękawów, ale sięgająca za kolana, w zielony materiał, z którego była uszyta, wpleciono nici srebra i złota, które układały się w zaklęcia chronione przed magią i, choć w znacznie mniejszym stopniu, ciosami broni. Miał szczęście, że wyświadczył kiedyś przysługę pewnemu magowi, co by im nie zarzucić, wiedzą jak cenne jest ich życie. Przypasał jeszcze miecz, po czym wyjął go z pochwy i przyjrzał mu się. Była to klasyczna katana, lekko zielonkawa, ale bez śladu rdzy.
Gdy skończył się ubierać omiótł wzrokiem pokój, do sakwy schował wszystko co było pomocne w opatrywaniu ran i pieniądze jakie udało mu się zachować. Koszulę i instrument schował do innego worka z zamiarem zostawienia ich w karczmie. Tak przygotowany zszedł po schodach do głównej sali. Gdy doszedł do szynku poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg, a z nosa sączy się krew

niedziela, 8 listopada 2009

odc.1 Cel

Tydzień minął pora na właściwy początek ;]

Nad placem rozlegały się ostatnie takty skocznej muzyki, dobiegały z jednego spośród trzech drewnianych podestów dla ulicznych grajków. Muzyk wytłumił ostatnie dźwięki przykładając dłoń do wciąż wibrujących strun harfy.
Jeden z wielu rynków Rasil'ebe, różnił się od pozostałych tym, że ściągali na niego początkujący artyści pragnący zarobić, albo znaleźć pracę. Pomimo wczesnej pory kocie łby bruku już ginęły pod ludzkimi stopami. Bard, który przed chwilą skończył występ, stał na platformie ustawionej pod murem miejskim, najdalej od wejść na plac.
- Dziękuję państwu za uwagę! - krzyknął w tłum, zginając się w teatralnym ukłonie. - Liczę, że nuty mej liry rozsupłały wasze sakiewki.
W tym momencie widzowie jakby zorientowali się, że w miły sposób artysta poprosił o zapłatę i poczęli rzucać monety. Na scenę posypał się bilon, głównie w kolorze miedzianym, ale kilku kupców rzuciło złote talary, które zostały skrzętnie wyłapane przez harfiarza. Nagle w rogu placu zapanowało poruszenie i wkrótce rozległ się krzyk
- Tam jest!! - Wystarczyło jedno spojrzenie by muzyk zorientował się, że to on "tu jest". Drugie zerknięcie zapewniło go, że nie bardzo ma ochotę na bliższą znajomość, błyski wstającego ostrza na obnażonych mieczach zazwyczaj nie oznaczają przyjacielskich zamiarów.
- Przedstawienie musi trwać. Żegnam i życzę miłego dnia. - Gdy skończył swoją kwestię, na scenie pojawiły sie jego cztery kopie, które po paru sekundach zamieniły się w obłoki dymu. Tłum myśląc, ze to część spektaklu nagrodził iluzję oklaskami.

~~@~~

Na twarzy trubadura widoczne było zmęczenie, wywołane nie tyle przejściem przez plac co drobną iluzją. Odetchnął głębiej, już dawno doszedł do wniosków, że epitety "drobna", "mała" i pochodne nie bardzo znajdują odzwierciedlenie w magii. Zniknięcie przy takiej widowni wyczerpuje, nawet przy umiejętnym rozproszeniu uwagi.
- No cóż, nadal żyję, cóż za niedopatrzenie - artysta wziął głębszy oddech, poprawił chwyt na instrumencie i pomaszerował w dół uliczki. Na szczęście w bocznych alejach tłum nie był tak gęsty jak na samym placu, toteż muzyk szedł raźnym tempem. W pewnym momencie zauważył smugę błękitnych włosów i zaklął pod nosem, nie ze względu na kolor, sam miał turkusowe, ale dlatego, że zapamiętał je z placu. Szybko zmienił kierunek by spostrzec następną niebieską kitę.
- Niedobrze - mruknął, odwrócił się i stanął w miejscu czując punktowy dotyk metalu. Na wysokości oczu natomiast, obserwował garnitur równych, względnie białych zębów.
- Gdzież Ci tak śpieszno grajku? - Poczuł jak dwie pary rąk chwytają go pod pachy, najpewniej pozostali już dołączyli. - Pójdziesz z nami prawda? Chyba, że masz coś innego do roboty - stwierdzenie poparte było lekkim szturchnięciem w pierś i rechotem prześladowców.

~~@~~

Pomieszczenie do którego go wprowadzono było zadbane, ale pozbawione definitywnie personalnych akcentów. Logiczny wniosek jaki nasunął się trubadurowi był taki, że lokum zostało wynajęte.
- Ahh witamy pana, panie Angil jak mniemam? - Rozległo się jowialne powitanie, którego źródłem, był mały i, tego nikt się nie spodziewał, niebieskowłosy człowieczek, siedzący za stołem. Mimo swej niewielkiej postury emanował niemal namacalną władzę - Zechcij spocząć pieśniarzu.
To mówiąc wskazał mu miejsce naprzeciw siebie. Z pewnym ociąganiem muzyk usiadł.
- Mam dwa pytania. Pierwsze czego chcecie ode mnie? - Powiedział siadając na krześle. - I drugie, dlaczego nadal mam moją broń? - Gdy skończył mówić ochroniarze, wykonali gwałtowny ruch, ale nie ruszyli się z miejsce zatrzymani nieznacznym gestem ręki szefa.
- Więc po kolei. Nie rozbroiliśmy Cię by uniknąć zbędnej przemocy. Nie rób takiej miny, nie przyszedłbyś tu tak grzecznie będąc bezbronnym. - Dopełnił wypowiedź niebieski przywódca dokończył wypowiedź widząc zdziwione miny. - Co do powodu Twojej obecności tutaj. Mam dla Ciebie pewną propozycję?
Twarz rozmówcy wykrzywił grymas, który był zapewne uśmiechem, tyle że w taki sposób krokodyle zwykły się uśmiechać do swoich przekąsek.
- Tyle się domyśliłem, - nie tracą animuszu odparł Angil. - ale co to za prośba? I dlaczego miałbym ją spełnić.
- Ponieważ mam coś na czym Ci zależy. - Dłoń przywódcy powędrowała do kieszeni by wyciągnąć okrągł medalion z wprawionym pryzmatycznym kamieniem.

sobota, 31 października 2009

Odc. 0 Osnowa historii: Muzyczna wariacja

Kilka słów, na wstępie, pierwsza notka (właściwie druga) jest dość krótka, mam nadzieję że w przyszłości wyjdzie to mi jakoś lepiej z objetością.
~~~~~~~~~~~~~~
Muzyka, czym jest dla ludzi, czym dla świata? Mówią, że łagodzi obyczaje, a dodają nią sobie odwagi przed bitwą. Zasypiają przy niej i przy niej czuwają. Zauważyłeś jej magię? Jej dwoistość? Chaos w niej zawarty?
A teraz wyobraź sobie świat jej pozbawiony, nie zawsze taki był, ale pewien władca, potężny mag, zdołał ją usunąć ze swego dominium. Takie działanie powoduje spore zakłócenie równowagi, a wszelkie działanie wywołuje reakcje dążącą do jego zniwelowania. Reakcje nie muszą się znaleźć w tym samym świecie, a nawet w tym samym czasie.
Celem mojego życia jest przywrócenie dźwięku skąd go wyrzucono. Nie liczę na to, że to ja będę jednym z tych, którzy wygrają tę wojnę, ale mam zamiar wygrać tyle bitew ile zdołam.
Muzyka gra w mej duszy, nie ulegnę niczemu

piątek, 30 października 2009

INFO+Notka próbna

Witajcie

zamierzam tu zamieszczać w odcinkach opowiadanie mojego pomysłu (z silnymi wpływami współczesnej popkultury)
Notki będę starał się zamieszczać w miarę możliwości co poniedziałek, wszelkie sugestie i konstruktywna krytyka mile widziana :)
do przeczytania ;]