Notka opóźniła się i to bardzo, ale już tworzę
Chwilę po tym jak jego kolana spotkały się z podlogą, a jego rynku kurczowo chwyciła się szynku, poczuł, że ktoś chwyta go za ramię.
- Pozwolisz, że Ci ulżę - rzekł ktoś cicho rechocząc, Muzyk domyślił się, że to osoba która opiera się o jego ramię. Zareagował odruchowo, chwycił dłoń spoczywającą na jego barku, wygiął ją dźwigniął, jednocześnie podcinając oprycha. Jego, jak się okazało niezbyt urodziwy, rozmówca ciężko zwalił się na podłogę. Mimo zawrotów głowy udało mu się go utrzymać przy parterze.
- Nie... dotykaj... mnie... - wysyczał zjadliwie. Wstał i podał karczmarzowi, który zastygł z wyrazem zdumienia na twarzy, pakunek z lutnią i koszulą.- Dbaj o to. - Mruknął rzucając mu srebrną monetę. Odwrócił się i nadal lekko chwiejnie opuścił karczmę
W stajni oparł się o poidło, gdy upewnił się że woda jest świeża, obmył krew z twarzy.
- Psia krew, to nie było przyjemne - mruknął, zbliżając się do swojej siwej klaczy. - No Malutka, czas w drogę.
Przytroczenie ekwipunku, zajęło mu mniej niż 10 minut. Wyprowadził konia przed budynek i jednym susem wskoczył na siodło. Nie było to zbyt rozważne, gdyż zawroty powróciły, ale już nie tak silne i bez krwotoku z nosa.
- No Mała, w drogę - lekko ubódł boki wierzchowca i skierował się w kierunku najbliższej bramy.
~~@~~
Za bramą czekało na niego trzech ludzi, w tym jeden z twarzą z gatunku tych, których nie idzie zapomnieć, choć bardzo się chce, nawet przelotne spojrzenie, np. gdy przygwożdża się jej właściciela do podłogi, starczy by ją zapamiętać. Bard wziął głębszy oddech, było ich trzech, on czuł się znacznie lepiej. Twarz wykrzywił mu złośliwy uśmiech, to nie będzie równa walka.
- Dobrzy ludzie, czego wam potrzeba? - starał sie nadać swojemu głosowi jak najmilsze brzmienie, jako śpiewakowi nie było to trudne zadanie.
- A Twojej sakiewki - mruknął największy z nich, sądząc po regułach w takich bandach, pewnie lider. - Ino szybko z niej wyskakuj bo nam spieszno - dodał wywołując śmiech swoich kamratów.
- Skoro tak to proszę, - odpowiedziała zsiadając z konia i odsłaniając trzos - wybaczcie, ale musicie sami się obsłużyć.
Brzydal z karczmy ruszył szybko, jak na kogoś o takiej posturze i równie szybko cofnął się gdy jego twarz spotkała się z głownią sai'a, drugi cios spadł na jego splot słoneczny, zginając go wpół. Jego towarzysze byli bardziej rozważni i rozstawili się po obu stronach. Angil przyjął pozycję, nadal trzymając noże ostrzem wzdłuż przedramienia, nie chciał zabijać, przynajmniej nie ostrzem. Adwersarze ruszyli jednocześnie z obu stron, w myślach pochwalił ich sprytną, acz i tak nieefektywną zagrywkę. Zamiótł połą płaszcza i odbił w prawo w kierunku mniejszego z nich. Wykonał lekki unik, uderzył lewą dłonią w brzuch oprycha, zmieniając ułożenia prawego sztyletu. Gdy oprych się zwinął, bard lekko się wybił i prawą dłonią "pchnął" na swoje kolano, odwrócił się szybko tylko po to by zobaczyć pięść lidera sunącą w kierunku jego nosa. Wykonał odruchowy unik i równie odruchowy cios prawą dłonią. Gdy usłyszał jęk i zobaczył czerwień wypływającą na wargi adwersarza, szpetnie zaklął. Nie chciał zabijać, wyszarpnął sztylet i się obrócił. Nie chciał, ale zabił, trudno, jedną gnidę mniej. Wsiadł na klacz, która spokojnie skubała trawę i jak najszybciej oddalił się od miasta
