W ułamku sekundy po tym ruchu, kilka innych miało miejsce. Jedna ręka muzyka błyskawicznie pochwyciła amulet, druga przycisnęła wyszarpnięty z pochwy na barku spłaszczony sztylet Sai do gardła Szefa. Wywołując błyskawiczną reakcję obstawy, która została powstrzymana skinieniem głowy dowódcy.
- Spokojnie... - uśmiech na twarzy niebiesko-włosego lidera pogłębił się gdy amulet rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając barda z tępym wyrazem twarzy, który został zastąpiony gniewem.
- Co się tu dzieje?! - mruknął lekko dociskając ostrze do szyi.
- Usiądź spokojnie, zdejmij mi nóż z gardła...
- Najpierw Twoi ludzie mają odłożyć broń - przerwał mu szybko skald.
- Jak sobie życzysz - delikatne skinienie ręki i ostrza ochrony upadły na podłogę -, a teraz, jeśli pozwolisz, porozmawiamy w bardziej cywilizowany sposób.
- Dlaczego kazałeś im opuścić broń - odezwał się Angil siadając na krześle, sztylet nadal trzymał w dłoni.
- To dość proste, ja chciałem żyć, Ty chcesz medalionu, jeśli ja ginę, medalion Ci ucieka. Więc wniosek z tego jest taki, że pozbawienie...
- Dobra rozumiem, a teraz czego chcesz za amulet? - Przerwał mu muzyk obawiając się przydługiej litanii.
- Tak nareszcie do rzeczy - na twarzy niebieskowłosa odmalowała się szczera radość. Nim znów podjął swoją kwestie wyciągnął na stół mapę bliższych okolic. I wskazał mapę wypięlęgnowanym palcem. - Dziś lub jutro wyruszy z tego miasta pewna karawana, będzie eskortować pewną kobietę...
- Mam ją zabić. - Pewnie rzekł wodząc za palcem sunącym po wyrysowanej drodze.
- NIE!! - Taka opcja zdecydowanie przeraziła niebieskiego. - Masz ją odbić i przywieźć mi. A tutaj - postukał w miejsce w którym łączyły się drogi. - jest dobre miejsce na atak, mają tam być za trzy dni, jest to miejsce o dzień drogi stąd. Więc masz spory zapas.
- No dobra to ja już pójdę - Muzyk wstał i zaczął zbierać się do wyjścia gdy nagle coś go tknęło -, jak duża jest ta eskorta? - Dowódca uśmiechnął się, wywołując dreszcz na plecach barda.
- Co najmniej trzech, ale nie więcej jak czterech. I nie musisz się martwić o to, że ją zabiją, dla nich też jest cenna, będą jej bronić za cenę życia, nie usmiercą jej.
-No to super - rzucił przez ramię i trzasnął drzwiami. Walka z fanatykami, marzenie każdego szermierza.
~~@~~
Rozejrzał się po wynajętym pokoju w którym spędził ostatni tydzień. Siedem dni i starczy, i tak ruszyłby na szlak za chwilę, ale z własnej woli. Ta myśl wcale go nie pocieszyła. Zzuł buty i koszulę z rękawami rozszerzającymi się od łokcia, strój estradowy wywoływał u niego niesmak, ale cóż "vox populi, vox Dei". Rzucił koszulę na łóżko i wyciągnął spod niego swoją ulubioną odzież. Czarna koszula, wiązana pod szyją, pasująca do również czarnych spodni, których kroju nie zmieniał na występy. Naciągnął ją na swoją chudą, poznaczoną bliznami, pierś. Spojrzał na swoje stopy, obok których leżał jego ulubiony ciuch. Ciężko było go zaklasyfikować, w praktyce była to obcisła kamizelka pozbawiona rękawów, ale sięgająca za kolana, w zielony materiał, z którego była uszyta, wpleciono nici srebra i złota, które układały się w zaklęcia chronione przed magią i, choć w znacznie mniejszym stopniu, ciosami broni. Miał szczęście, że wyświadczył kiedyś przysługę pewnemu magowi, co by im nie zarzucić, wiedzą jak cenne jest ich życie. Przypasał jeszcze miecz, po czym wyjął go z pochwy i przyjrzał mu się. Była to klasyczna katana, lekko zielonkawa, ale bez śladu rdzy.
Gdy skończył się ubierać omiótł wzrokiem pokój, do sakwy schował wszystko co było pomocne w opatrywaniu ran i pieniądze jakie udało mu się zachować. Koszulę i instrument schował do innego worka z zamiarem zostawienia ich w karczmie. Tak przygotowany zszedł po schodach do głównej sali. Gdy doszedł do szynku poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg, a z nosa sączy się krew
Gdy skończył się ubierać omiótł wzrokiem pokój, do sakwy schował wszystko co było pomocne w opatrywaniu ran i pieniądze jakie udało mu się zachować. Koszulę i instrument schował do innego worka z zamiarem zostawienia ich w karczmie. Tak przygotowany zszedł po schodach do głównej sali. Gdy doszedł do szynku poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg, a z nosa sączy się krew

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz